RSS
wtorek, 10 stycznia 2012
recenzja recenzji

Nigdy nie trafiłabym w to plugawe miejsce, gdzie zbierają się ludzie, którzy nie tylko nie brzydzą się czytać po polsku, ale zachęcają do tego innych, co więcej, w dzikim rozpasaniu, nie słuchając głosu Rozumu, zaczynają także po polsku pisać; co więcej, zachęcając do tego innych; gdyby nie zaprowadził mnie tam nasz drogi MRW, jak szatan Jezusa na pustynię, jak kupiec karawanę do oazy i dziesięć innych dramatycznych porównań, których nawet nie śmię tutaj, w ascetycznym zakonie kontemplacyjnym, że pozwolę sobie zacytować jedynego polskiego poetę żiżkańskiego (wkrótce także w Waszej księgarni!).

Oto na naszych oczach rozgrywa się pojedynek recenzentki i autorki, pełen goryczy, zakulisowych intryg(1), dramatycznych mejli, pisanych o północy przy blasku samotnej świecy(2), zawiedzionych nadziei(3) i wzajemnego braku zrozumienia(4).

Od razu na wstępie muszę jednak zaznaczyć: nie czytałam książki, którą recenzuje Recenzentka i czuję się z tym bardzo dobrze. Ponieważ jednak, żeby pisać o czymś, czego nie czytałam, musiałabym znowu zmyślać: a czy dzienna norma nikczemnych kłamstw na dziś nie została wyczerpana, czy nie została wyczerpana, ciociu Sendai, dlatego ograniczę się do pisania o tym, co czytałam, czyli o recenzji. Uważam, że ta niewielka notka na maleńskim blogasku może stać się moim skromnym przyczynkiem do nowego gatunku prozatorskiego: metarecenzji, recenzji recenzji, który i tak będzie tylko kamieniem węgielnym pod budowę prawdziwego dzieła na miarę XXI wieku: recenzji recenzji recenzji recenzji recenzji, fascynującego, transliterackiego i interteksualnego hejterskiego gatunku prozopoetyckiego o nieskończonej liczbie znaczeń.

 Wracając jednak do meritum, czyli do recenzji: otóż recenzja, o której piszę, jest arcydziełem horroru, w pewnym sensie, horroru, ponieważ nikt bez trwogi nie może myśleć o tym, że istnieją takie teksty, które za słabe uważa osoba, która sama pisze, o ironio:

"Książka, a właściwie e-book, Katarzyny B. Stachowiak jest znakiem nowych czasów. Czasów, gdy sztuka przestaje być domeną elit. (...)  Czasów Internetu, self-publishingu oraz książki elektronicznej."

W powyższym fragmencie, który napełnia nas przerażeniem - gdzieś za jego plecami majaczy ciągle inny, gorszy jeszcze od niego tekst, jego twarz jak niewysłowione horrory marszów wojskowych - odnajdujemy wiele problemów, pośród których stylistyczne są na być może na pierwszym miejscu, ale zaraz potem uderzają nas błędy rzeczowe:

- "sztuka przestaje być domeną elit" - literatura popularna nie jest enfant terrible epoki internetu, ale pojawiła się w różnych krajach i w różnych epokach odpowiednio wraz z rozpowszechnieniem się druku, gazet i powieści gazetowych albo publicznego bądź innego szkolnictwa, dzięki któremu wystarczający procent społeczeństwa mógł zostać potencjalnym odbiorcą takiej ~*nieelitarnej sztuki*~; za ostateczną cezurę można przyjąć drugą połowę XIX wieku, czas powstania powieści detektywistycznej i popularnego romansu,

- wymienienie "self-publishingu" i książek elektronicznych jednym tchem, jakby były takim samym "zagrożeniem" dla "sztuki" i jakby pojawiły się w tym samym momencie jest oczywistą bzdurą (w najlepszym razie bardzo niefortunnym skrótem myślowym, n'est-ce pas?), różne rodzaje self-publishingu istnieją od lat, a e-booki wydają z porządną korektą i po starannej redakcji prawie wszystkie szanujące się wydawnictwa(5),

- dlaczego elitarność sztuki miałaby być wartością pozytywną? Czy nie jest zabawniej, kiedy piaskownicę otwarto dla wszystkich dzieci?

"Tylko czy taki debiutancki tekst, pisany przez autorkę kompletnie niedoświadczoną oraz nietknięty okiem wydawcy, może dorównywać jakością pozycjom stojącym na księgarnianych półkach?"

- tautologia: nie ma "debiutanckich tekstów" napisanych przez "doświadczone autorki", prawda?

- "nietknięty okiem wydawcy" to jak, że pozwolę sobie wymyślić na poczekaniu, "nieskrobnięty pazurem konstruktywnej krytyki"; autorka potwornego tekstu, który recenzuje autorka recenzowanej przeze mnie recenzji, ma przynajmniej to usprawiedliwienie, że jest "niedoświadczoną debiutantką", a ty, droga recenzentko?

- skąd absurdalne przypuszczenie, że "na księgarnianych półkach" stoją książki porządnie zredagowane i poddane korekcie? Piętnaście sekund z dowolną książką wydaną przez pewną potworną menażerię, której nazwa zaczyna się na "Fabryka", powinny wystarczyć każdemu do przekonania się, że jest inaczej,

 "Tekst aż woła o porządną korektę."

- ale to ten woła o pomstę do nieba,

"Dosłownie roi się w nim od błędów interpunkcyjnych."

- a jak się roi niedosłownie?


"Przecinków brakuje nawet w miejscach najbardziej oczywistych. Za to ilość wielokropków osiąga wielkość przyprawiającą o zawrót głowy.
"

- ilość osiąga wielkość; ręką osiąga twarz w desperackim facepalmie.

Sam pierwszy akapit recenzji, którą recenzuję, jest bardzo pouczający, zawiera bowiem pełną gamę błędów popełnianych nagminnie przez użytkowników języka polskiego, błędów, przez które człowiek brzydzi się polską książką:

 "(...) Lucas Westmoore, postanawia wraz z siostrą Elizabeth przenieść się na wieś. Posunięcie to, zamiast przynieść ulgę cierpiącej dziewczynie, sprawia, iż ta czuje się osamotniona oraz nudzi się śmiertelnie. Jednak wiejska rutyna zostaje przerwana, gdy nastoletnia arystokratka „niechcący” podsłuchuje rozmowę służących. Tak oto panienka Westmoore dowiaduje się o Bestii – tajemniczej istocie mordującej okolicznych chłopów. Aby dowiedzieć się czegoś więcej, szlachcianka terroryzuje służbę i każe zawieźć się do miejscowej zielarki zwanej Wiedźmą. Rzeczona kobieta o krwiożerczym potworze mówi niewiele, za to przepowiada bohaterce wielką miłość, silniejszą nawet od śmierci. Niedługo potem Elizabeth spotyka Roderica… Co będzie dalej, nietrudno się domyślić." 

- poprawmy to:

 "(...) Lucas Westmoore, postanawia wraz z siostrą Elizabeth przenieść się na wieś. Posunięcie to, co zamiast nie przynosi ulgi cierpiącej (chorej??) dziewczynie, ale sprawia,  że ta czuje się osamotniona oraz nudzi się śmiertelnie samotna i znudzona. Jednak wiejska rutyna spokojne wiejskie życie zostaje przerwane, gdy nastoletnia arystokratka Elizabeth „niechcący” podsłuchuje rozmowę służących. Tak oto panienka Westmoore i dowiaduje się o Bestii – tajemniczej istocie Bestii mordującej okolicznych chłopów. Aby dowiedzieć się czegoś więcej, szlachcianka Zaciekawiona, dziewczyna terroryzuje służbę i każe zawieźć się do miejscowej zielarki zwanej Wiedźmą. Rzeczona kobieta o krwiożerczym potworze która o samej Bestii mówi bardzo niewiele, za to przepowiada bohaterce Elizabeth przpowiada wielką miłość, silniejszą nawet od śmierci. Niedługo potem Elizabeth spotyka Roderica… Co będzie dalej, nietrudno się domyślić."

 - poprawiłyśmy, między innymi: 

a) niepotrzebne, zbyt liczne przymiotniki

b) niepotrzebne, zbyt liczne synonimy (w jednym tylko akapicie główna bohaterka określana jest: własnym imieniem, słowami: "dziewczyna", "nastoletnia arystkokratka", "panienka Westmoore", "szlachcianka", "bohaterka" - nie tylko brzmi to głupio, ale utrudnia zrozumienie tekstu)

c) niepotrzebne, grotestkowe klisze,

d) niepotrzebne ""

e) niepotrzebny metakomentarz dotyczący oryginalnego tekstu

f) a wreszcie zapobiegłyśmy tragedii rozpoczęcia zdania od "rzeczona kobieta".

Chciałabym zauważyć, że wgryzłam się w recenzję dopiero na dwa akapity.

***

Nie widzę powodu, żeby pastwić się dłużej nad recenzją, którą recenzuję, chociaż trzeba jej przyznać, że jako informacja dla potencjalnej czytelniczki w zadowalający sposób spełnia swoją funkcję: jeśli jednak ktoś nie nienawidzi choć trochę języka polskiego i wszystkiego co piękne i dobre, będzie przed nią uciekał jak małpa na drzewo.

Na koniec chciałam tylko powrócić do zapowiedzianego powyżej niekłamstwa: otóż pod recenzją rozgrywa się dramat braku porozumienia między autorką a recenzentką (dodajmy, że każdy autor i każda autorka, któr/a odpowiada recenzentowi, automatycznie przegrywa każdy spór), recenzentka pisze bowiem:

"Może wybitne dzieło literatury to nie jest, a jednak daje wszystko, czego dziś oczekuje się od książek: odprężenie, rozrywkę oraz przekonanie, że tak zwana prawdziwa miłość istnieje."

Na co autorka:

 "Nie mam pretensji do bycia pisarką i bardzo proszę nie obrażać osób, które lubią czytać to, co napiszę. Chciałam się bawić i się bawię. A jeśli ktoś bawi się ze mną, to proszę go nie obrażać i nie porównywać do małp, czy zarzucać mu braku myślenia. Po prostu jeśli jesteście intelektualistami z najwyższej półki i zajmujecie się złożonymi problemami egzystencjalnymi przedstawionymi w literaturze światowej, to dajcie sobie spokój i nawet nie zerkajcie na mojego e-booka."

w gruncie rzeczy mówi to samo, nie zauważając, oczywiście, że to nie ona została porównana do małpy, hihihi.

Litościwie przemilczę:

"Czytałam ją jak zahipnotyzowana, jednym tchem. Dosłownie nie mogłam się oderwać!"

hihihihihi 

"Niezwykle irytuje również niemal całkowity brak opisów wnętrz."

podręczniki do dekoracji wnętrz są na innej półce; chociaż jest to coś, co powiedziałaby pani Dulska

"Ledwie akcja zacznie nabierać tempa, zaraz zostaje brutalnie przerwana niemiłosiernie długimi dialogami bohaterów, składającymi się głównie z wyświechtanych frazesów o miłości oraz patetycznych zapewnień o potędze prawdziwego uczucia."

nużące antropomorfikacje lekko ewokują pana de Norpois, za dużo przymiotników

i tak dalej.

(1) Nic o nich nie wiem, ale muszą być jakieś.

(2) Nic o tym nie wiem, ale tak będę wyobrażać sobie każdą dramę w tym plugawym roju, jakim jest fandom.

(3) Nic o nich nie wiem, ale tak będzie ciekawiej.

(4) Jak szanowne czytelniczki będą jeszcze miały okazję zauważyć, jest to jedyne miejsce, gdzie wcale nie skłamałam. 

(5) Wyjątkiem będą między innymi i oczywiście niektóre rodzaje publikacji naukowych.

Tagi: meh
22:59, sendai_a
Link Komentarze (9) »
sobota, 26 listopada 2011
Nie podobała mi się nowa książka Eco

W tej notce raczej nie ma spojlerów jako takich: jednakże, "Cmentarz w Pradze" jest książką, w której przypadku ciężko mówić o spojlerach, ponieważ ciężko mówić o akcji; dlatego czytelniczka ostrożna (tej notki, nie "Cmentarza") powinna pamiętać, że będę mówić o pewnych fragmentach historii i o pewnych książkach, niezbyt szczegółowo, ale wciąż w taki sposób, że osoba, która przeczyta "Cmentarz", tak jak ja go przeczytałam, będzie mogła uznać, że została jej odebrana przyjemność czytania (jeśli w ogóle można mówić tu o "przyjemności").

(Ale z drugiej strony, kto nie wie takich rzeczy od początku?)

Najpierw pewne zastrzeżenie: częściowo jest z pewnością tak, że "Cmentarz w Pradze" nie podobał mi się oraz, moim zdaniem, zawodzi w ogóle jako książka, ponieważ spodziewałam się innej książki oraz ponieważ uważam, że inna książka, taka jak na przykład "Wahadło Foucaulta" jest właśnie książką, która nie zawodzi jako książka. Czytelniczka, której nie podobało się "Wahadło" i która spodziewa się i oczekuje innych książek niż "Wahadło", może przestać czytać w tym miejscu i iść czytać "Cmentarz".

***

Czemu nie podobała mi się nowa książka Eco: w punktach, bo bardzo śpiąco mi się myśli w tym tygodniu, koleność punktów jest kolejnością z mojego kajecika i nie ma zasadniczo żadnego (głębszego) sensu.

1) Po pierwsze, stare; było

Być może to tylko moje wrażenie, ale we wcześniejszych książkach Eco zawsze miał jakiś kawałek wojego reszerszu, coś nowego, co wykorzystywał jako tło; dla "Cmentarza" tego materiału już nie starczyło. Powtarzają się odwołania do ulubionych motywów Eco, do ulubionych książek, do ulubionych postaci historycznych, znajduje się miejsce nawet dla metafory ze Starcem z Gór. Co więcej, historia bardziej niż tłem jest w "Cmentarzu" akcją, fabułą i główną bohaterką, ale o tym póżniej. 

Gdzieś po 50 stronach poczułam się, jakbym czytała pewne dwa rozdziały z "Sześciu przechadzek po lesie fikcji", zgadnijcie które?

Dalej, materiał historyczny wykorzystany przez Eco jako "tło" (to nie jest tło, zaraz powiem czemu) w "Cmentarzu" nie jest przy tym niczym marginalnie nieznanym czy trudnym do znalezienia; myślę, że tym też "Cmentarz" różni się trochę od poprzednich książek, czy też tak samo czuł się mediewista, czytający "Imię róży"? Nie wiem, ale tak się składa, że moja wiedza o historii powieści w odcinkach we Francji jest tylko pobieżna: interesują mnie, prawda, nieco inne regiony, nie jestem też szczególnie oczytana; mimo to nudziły mnie niekończące się wyjaśnienia oczywistości, których znakomita część z pewnością jest do znalezienia we "Wstępie do literatury XIX wieku" albo "Wstępie do historii mediów" czy innym skrypcie dla drugorocznego studenciaka.  

2) Po drugie, koniec wszelkiego pomysłu

Wcześniejsze książki Eco opierały sie na prostym ale skutecznym schemacie (to nie znaczy, że były schematyczne, oczywiście): tło historyczno-kulturowe plus coś, co się działo na pierwszym planie; niekoniecznie to musiało być coś, co się dosłownie działo, ale było coś więcej niż wydarzenia hitoryczne.

Teraz będzie spojler: ale co to za książka, w której coś takiego jest spojlerem, proszę się zastanowić.

Otóż, w "Cmentarzu" nie ma nic więcej niż historia i wydarzenia historyczne, które są streszczane przez Eco na tle głównego bohatera. Oczywiście, różne, powiedzmy, szczegóły zostały zmienione, prawdopodobnie po to, żeby osoba, która zna Prawdę, to znaczy prawdziwą historię, mogła tu i tam zachichotać, jest to jednak zupełnie nieskuteczne, może nawet przeciwskuteczne, musiałabym się zastanowić, bo osoba, która zna Prawdę, nie będzie zainteresowana linearnym, trywialnym streszczeniem, chyba że akurat powtarza materiał do zajęć z Holocaust Studies czy coś. 

Jedyne, co może przyciągać czytelniczkę to właściwie dokładnie ta prostoduszna fascynacja teoriami spiskowymi, którą sam Eco tak wyszydzał (gdzie to było? w jakimś posłowiu do "Wahadła? W tym eseju, w którym Eco pisał, że głupota i irracjonalność są faszyzmem XXI wieku?). O ironio: jego własna książka opiera się teraz właśnie na takiej prostodusznej, infantylnej fascynacji szpiegami, fałszywymi manuskryptami, wszechmocnymi tajnymi służbami i tak dalej #śmierć-z-nudów.

3) Po trzecie, koniec warstwowości

Ten punkt można w pewnym sensie uważać za pełen spojlerów.

Co sprawiało, że książki Eco przyjemnie się czytało, przynajmniej dla mnie, było warstwowe rozmieszczenie potencjalnie interesujących rzeczy. A więc, w moim ulubionym "Wahadle" mieliśmy:

- spiskową intrygę, w której napięcie Eco budował bardzo sprytnie przez gromadzenie wątpliwości i wzmacnianie poczucia nierzeczywistości,

- z drugiej strony to samo poczucie nierzeczywistości mogło (i powinno) być interpretowane jako część subtelnego pastiszu powieści o spisku jako gatunku

- poza tym wszystkim pozostawała jeszcze trzecia warstwa, antykwaryczna.

W "Cmentarzu" możemy odnaleźć odpowiednik tej antykwarycznej warstwy, ale już nie pozostałych dwóch; utrata warstw moim zdaniem stanowi o porażce tej książki.

4) Po czwarte, główny bohater, kiedy nie chodzi o nic

Wybór takiego a nie innego typu głównego bohatera - antysemity - stwarza liczne możliwości, ale też liczne ograniczenia. Eco wydaje się nie zdawać sobie sprawy z ograniczeń i w ogóle nie korzystać z możliwości.

Ograniczenia: pochwały, które autor ustami głównego bohatera wypowiada pod adresem postaci historycznych podziwianych przez autora, brzmią jak infantylna realizacja tropu "nawet ten straszliwy czarny charakter musiał przyznać, że XY był człowiekiem honoru/godnym przeciwnikiem/i tak dalej", kto robi jeszcze takie rzeczy w XXI wieku? No matulu, litości.

Możliwości: tak naprawdę, po co w ogóle ten antysemityzm? Dosłownie, serio, czemu służy? Nie w sensie dydaktycznym ani "a co jeśli ktoś nie umie czytać i pomyśli, że Żydzi srsly rządzą światem??!!1!!???!!!?1?!11111", tylko po prostu, po co tam jest antysemityzm? Czy od niego książka jest ładniejsza? Nie jest. Czy od niego książka jest oryginalniejsza? Nie jest. Czy jest on istotny w jakikolwiek sposób dla rozwoju akcji? Jakiej akcji?

Czy Eco chciał zrobić coś jak "Terrorysta" Updike'a? Jeśli tak, to poniósł kompletną klęskę, chociaż można powiedzieć, że odniósł klęskę, bo "Terrorysta" sam w sobie, z nachalnym dydaktyzmem i nachalnością stereotypów i infantylnym dialogiem sam jest już porażką. 

"Cmentarz" jest książką o antysemityzmie, w której nie ma ani jednego Żyda. Antysemityzm głównego bohatera nie jest konfrontowany z rzeczywistością antysemityzmu, rzeczywistością Żyda ani w ogóle z niczym, jest to antysemityzm całkowicie w rzeczywistości antysemity; moment najbliższy konfrontacji znajduje się na stronie 260, gdzie główny bohater konstatuje, że niemiecki pisarz-antysemita wygląda jak opisywany przez niego stereotypowy Żyd (nie zaś jak aryjski nadczłowiek).

Z jednej strony Eco jakby zachwyca się egzotyką antysemickich wywodów i z upodobaniem je cytuje, z drugiej powtarza sam, że to zawsze to samo, powtarzane w nieskończoność: dla mnie nie były one ani troche egzotyczne, ale stare, znane, nudne i nużące. Potępienia antysemityzmu zostają podane z subtelnością i finezją godną pierwszej dywizji pancernej: przez odwołania do Hitlera. Eco nie może też, jak mi się zdaje, do końca ogarnąć manifestowania niechęci do swojego głównego bohatera, który raz musi "trochę niechętnie" chwalić postaci historyczne, które Eco darzy sympatia, a raz nie wiedzieć, kim jest Proust (tylko prostak i filister może być antysemitą).

Krótko mówiąc: antysemityzm nie tylko nie jest w "Cmentarzu" potrzebny (nie wpływa w znaczący sposób na akcję, równie dobrze główny bohater mogłby chorobliwie nienawidzić tchórzofretek), jest trucizną, która musiała niszczyć "Cmentarz" w trakcie pisania, bo Eco nie jest w stanie od początku do końca pisać bohatera, którego nienawidzi.

5) Po piąte, infantylizmy, teraz i później

Najśmieszniej i najstraszniej jest, moim zdaniem, kiedy Eco próbuje być Relewantny. Nie będę ukrywać, że kilka razy pomyślałam okrutnie, ach, smutny starzec.

W "Cmentarzu" pojawiają się dwaj księża-pedofile (to nie jest w żaden sposób istotne dla przebiegu akcji ani w ogóle, wspomniane tylko mimochodem), nie wiem, trudno mi sobie wyobrazić coś bardziej taniego i sztampowego, w sumie. Strona 84:

"Ojciec Bergamaschi siada cicho za mną, jego dłoń obejmuje mój kark, szepce mi, że chłopcu tak pobożnemu, tak roztropnemu, który chciałby ustrzec się pokus wrogiej nam płci, on mógłby zaoferować nie tylko ojcowską przyjaźń, lecz także ciepło i uczucie dojrzałego mężczyzny."

Strona 436:

"Muszę wyznać (co za szczególna sytuacja: ja, ksiądz, spowiadam się panu, kapitanowi!), że chociaż w obecności kobiety dojrzałej ogarnia mnie wtręt, a przynajmniej niepokój, trudno mi się oprzeć czarowi osoby nieletniej."

LOL, pomyślałam sobie.

Dalej, Eco nie opiera się niestety pokusie, na jaką wystawiony bywa każdy pisarz historyczny, mianowicie pokusie wstawiania do tekstu pseudoproroctw (fałszywych bądź nie). Mogę sobie oczywiście wyobrazić sytuację, w której takie pseudoproroctwa są zabawne albo przynajmniej niezbyt rażące, niestety, u Eco pojawiają się znowu z subtelnością pierwszej brygady pancernej. Na taką ironię mój mały brat mówi "GRUBE":

Strona 477, mowa o całkowitej zagładzie Żydów:

"Rosja jest natomiast krajem pełnym energii i szaleńczych nadziei, stale myślącym o totalnej rewolucji. Stamtąd musimy oczekiwać roztrzygającego posunięcia, nie od tych Francuzów, którzy wciąż plotą o swoich égalité i fraternité, czy od tych prostackich Niemców, niezdolnych do wielkich czynów..."

LOL #tak-mi-wstyd

Często pojawia się również straszliwie pretensjonalne rzyganie nazwiskami; poniżej funkcjonujące jako trampolina do dobrego samopoczucia dla czytelnika, spójrz, czytelniku, oto jesteś bardziej rozgarnięty od głównego bohatera, bo kojarzysz parę dobrze znanych nazwisk:

"Zola, pisarz dość wulgarny, opublikował płomienny artykuł (J'accuse! - Oskarżam!), a grupa podrzędnych literatów i rzekomych naukowców wstąpiła w szranki, żądając wznowienia procesu. Kim oni wszyscy są - jakiś Proust, France, Sorel, Monet, Renard, Durkheim? U pani Adam nigdy ich nie widziałem."

Dreszcz przechodzi mnie na myśl, że mogłabym być takim wstrętnym modelowym mieszczańskim czytelnikiem z dwudziestotomową encyklopedią, który pewnie kojarzy większość nazwisk, ale nie wszystkie, brakuje dwóch czy trzech, po skończonej lekturze natychmiast zostają sprawdzone w stosownym tomie encyklopedii, nastepuje kilka godzin dobrego samopoczucia, zbudowanego na chwilowej wyższości intelektualnej w zestawieniu z niższością umysłową fikcyjnej postaci.

Dreszcze, mówię, zimne dreszcze.

***

Jak już powiedziałam, "Cmentarz" nie jest książką złą-zła, ale gorszą niż mogłby być: mógłby być jeszcze lepszym "Wahadłem". Jest ładnie napisany, poprawną polszczyzną, co daje mu olbrzymią przewagę nad znakomitą większością rodzimej literatury, ale generalnie, nie jest to nic nadzwyczajnego, ot, takie sobie średnio ciekawe czytadło.

A mam tu gdzieś jeszcze jakieś nieprzeczytane eseje Satou Haruo; przez to tylko boleśniej czuję, że zmarnowałam czas (około 5h, włącznie z czasem przygotowania kawy/herbaty).

czwartek, 05 maja 2011
~_~

siostrzany projekt artystyczny hejterzymy.blox.pl

Tagi: meh
22:12, sendai_a
Link Komentarze (2) »